Dzisiaj jest:
O NAS
  • Strona Główna
  • Siewcy
  • Historia
  • Skład
  • Koalicja
  • Wyprawy
  • Wyjazdy
  • Galerie
  • Kontakt
  • e-Mail
  •  

    INNE
  • Kupno/Sprzedaż
  • Konferencje
  • Badania naukowe
  • EKOEdukacja
  • Sklepy z żywnością ekologiczną
  • Gazeta Online
  • Literatura
  • Bank Linków
  • Księga Gości
  •  

    HISTORIA I PRAWO
  • Stan obecny
  • Rys historyczny
  • Programy
  • Rozporządzenia
  •  
    Troszku o tradycjach w Beskidzie Żywieckim


    Beskidy – zbocza i szczyty gór roziskrzone fioletowo różanym świtem mroźnych poranków zimowych, skąpane w jaskrawych barwach żółtych mleczy i soczystej zieleni wiosną, podzielone szachownica płodnych pól latem, płonące czerwienią i złotem jesienią. Góry których się uczę od dziecka, które są naturą, ludźmi, folklorem bo jakże oddzielić górali od ich gór i zwyczajów. I choć może czytelnikowi bliższe sercu Sudety, pytam go pyiknie – czytaj pięknie zapraszam - w beskidzką tradycję wiosny, lata, jesieni i zimy.

    Wiele zwyczajów wiosennych górali beskidzkich zachowały się już tylko w pamięci naszych babć i dziadków lub na kartach ksiąg pokrytych kurzem czasu. Niektóre nieświadomie lub świadomie pielęgnujemy do dzisiaj jak układanie palm w Niedzielę Palmową. Jednak mało kto wie, że palmy kiedyś splatało się nie tylko z bazi ale z gałązek i ziół których skład w różnych wsiach żywiecczyzny był inny. W jednych palmy układało się z cisu, jałowca, limby, leszczyny i jemioły. W innych dodatkowym elementem były gałązki czereśni, barwinka polnego, kopytnika, wierzby z baziami a nawet jabłek. W jeszcze innych do palmy wkładano kawałek słoniny, którą później smarowano ręce przed sadzeniem kapusty, aby uchronić ją przed szkodnikami. Palmy ozdabiano kolorowymi bibułkami i wstążkami. Do kościoła niosły je kobiety i dziewczęta. Mężczyźni zatykali za kapelusz gałązkę cisu – gdyż chroni przed złem i ma uzdrowicielska moc, kawalerowie - oczyszczający jałowiec. Przed kościołem w Niedzielę Palmową popularny był też zwyczaj chłostania wzajemnego młodymi pędami wierzbiny i jałowca. Żywotne soki krzewów zasilały energią uderzanych i wypędzały z nich zimową ospałość. Uderzenie panny gałązka jałowca wyjętego zza kapelusza było oddaniem jej hołdu i obietnica radości. Wśród pisków dziewcząt słychać było okrzyki:

    Wierzba bije, nie ja biję,

    Z tydzień – Wielki Dzień,

    Za sześć noc – Wielka – Noc.


    Poświęconymi palmami głaskano każdą sztukę bydła w oborze, co zapewniało jej lśniąca i piękną sierść. Dzieciom dawano bazie do łykania, chroniło je to przed chorobami gardła. Natomiast wetknięte do piwnicy pod ziemniaki chroniły przed zepsuciem i mszycami. Każda gałązka wpleciona w palmę miała przypisaną magiczna moc i służyła celom leczniczym bądź magicznym. I tak wspomniany już jałowiec był obnoszony na wiosnę po polach by chronić je przed żywiołami, jego dymem okadzano chorych i odczyniano uroki. Znany jest też zwyczaj okadzania bydła, wychodzącego wiosną na pierwszy wypas, dymem palonych palm i przyczepianie przez pasterzy do kijów i batów jej gałązek. Tradycję układania palm pielęgnuje się w Beskidach do dzisiaj, a w Gilowicach (mała wioska koło Żywca) siła tego święta jest tak duża, że ogłasza się tam coroczny konkurs “Na najpiękniejszą palmę Wielkanocną”, najbliższy już 13 kwietnia.

    Wielkopiątkowa pogoda dla górali z Beskidów była wróżbą na dobre lub złe sianokosy, jak mówią przysłowia:

    W Wielki Piątek mróz, to na górce siana wóz.

    W Wielki Piątek deszczu kropla, to na górce siana kopka.

    W Wielki Piątek jasno, to w stodole ciasno...


    W dniu tym o świtaniu, jak mówi moja babcia, woda w strumykach i potokach ma właściwości uzdrawiające i chroni przed chorobami skórnymi. Dzieci myto w źródlanej wodzie i mokre ze słowami “Boże rany, Boże rany,” chłostano pędami wierzbiny.

    By zapewnić urodzaj owoców, w niektórych wioskach dziewczęta zawieszały na gałęziach starych drzewach owocowych wydmuszki. Robiły też Judasza – słomiana kukłę na kiju, którą wśród okrzyków i śpiewów niesiono do rzeki i topiono. W Wielki Piątek gospodarze nie wykonywali prac na roli i nie wzruszali ziemi.

    Dla czarownic wiejskich był to dzień rzucania uroków, z których najczęstszym było “odbieranie” mleka krowie. A oto jeden z przepisów, reszta wkrótce. Żeby odebrać mleko krowie sąsiadki, swojej pomorzyć tak by tłuste było, należy: garść sierści z własnej krowy schować w oborze sąsiadów, a naskubaną sierść krowy sąsiadki, podczas podstępnej wizyty w jej oborze schować we własnej. Należy przy tym być ostrożnym i tak działać by nas nie zauważono, bo urok można w każdej chwili odczynić.

    W Wielką Sobotę gospodynie przygotowywały wiklinowe koszyki do święcenia. Kładły doń barwione jajka – symbol życia i płodności, miłości i siły; sól by chroniła przed zepsuciem; baranka ze słodkiego ciasta i chleb – pierwszy, najważniejszy pokarm człowieka, owoc ciężkiej pracy oraz kiełbasę – symbol “tego co najlepsze’ i szacunku dla wielkanocnego śniadania.

    Wieczorem przed rezurekcją koło kościoła płonęło ognisko, w którym palono gałązki tarniny, głogu, dzikiej róży. Uzyskany tak popiół rozsypywano na polu przy pierwszej orce, by oczyścił ziemię. Opalano też głowienki – złożone na krzyż drewienka leszczyny, które w drugi dzień świąt gospodarz zatykał na krańcach pola, by chronić je od żywiołów, co i mój tato jako dziecko z ojcem czynił. Krzyżyki – głowienki przybijano też nad drzwiami domu.

    Na wieczornej procesji rezurekcyjnej, górale śpiewając nabożne pieśni trzy razy obchodzili kościół. Pobożni górale mieli jednak w tym trzykrotnym obchodzeniu ukryty cel. Otóż w tedy wychodziło na jaw, która to baba we wsi jest czarownicą, gdyż ta nigdy nie obeszła świątyni dookoła, bo zawsze się jej coś przytrafić musiało, a to kierpce się rozwiązały, a to chusta upadła. Los takiej “czarownicy” nie był we wsi łatwy, a zdarzały się i przypadki że wypędzano je ze wsi.

    Niedziele Wielkanocną górale w Beskidach spędzają w rodzinnym gronie, bez gości i odwiedzin. Uroczyste śniadanie Wielkanoce rozpoczyna dzielenie się jajkiem. Ważne przy tym, by pamiętać dobrze osoby, z którymi się dzieli, bo jak mówi moja babcia ‘jak się topić będziemy a w wodzie wspomnimy na osobę, z którą jedliśmy jajko wielkanocne to woda nas nie weźmie”. Uważnie obserwowano tego dnia zachód słońca, gdyż wierzono, że tego dnia słońce zatańczy wśród gór nim zajdzie za horyzont.

    Tradycyjny śmigus, dawniej na żywiecczyźnie zwany śmigrust, był dniem wesołym, wzajemnych odwiedzin i oblewania wodą. Chłopcy gałązkami ze słodkiego drzewa smagali dziewczęta po plecach by do następnej Wielkanocy stały się słodkie jak jego owoce.

    Poniedziałek Wielkanocny kończył tradycje tych świąt ale nie tradycje wiosenne, o których wkrótce.

    Przysłowia wiosenne.

    Jeszcze ptaki nie śpiewają, już się wiosny spodziewają.

    Młoda rada i marcowa pogoda skutku nie mają.

    Kiedy marzec przeżył starzec będzie zdrów,

    Kiedy baba w marcu słaba, pacierz mów.

    Na Zwiastowanie (25 III) kiedy mgła w zaranie, choć słonko

    jasno wschodzi, znak niechybnej powodzi.

    Jak przylecą żurawie, groch siać godzi się prawie.

    Benedykt (21 III) w pole z grochem, Wojciech (23 III)

    Z owsem jedzie, Stanisław (8 V) z lnem, Filip (26 III)

    Tatarke wiezie.

    Pogodny dzień Wielkanocny, grochowi wielce pomocny.


    agab
    Copyright by SREiA "Siewca" AR Wr.